Kwiaciarnia stacjonarna, dwie osoby w zespole, zero obecności w internecie poza profilem na Facebooku. Klientka trafiała do niej głównie przez polecenia, a problem zaczynał się, gdy ktoś szukał "kwiaciarnia" w Google i widział same konkurencyjne wizytówki.
Punkt wyjścia
Rozmowa zaczęła się od jednego zdania: "Chcę, żeby ludzie wiedzieli, że istniejemy, zanim zapytają znajomych." Bez listy funkcji, bez referencji do innych stron, co jest dobrym sygnałem, bo oznacza brief bez naleciałości z cudzych pomysłów.
Ustaliliśmy trzy rzeczy, które strona musi zrobić w pierwszych trzydziestu sekundach:
- pokazać, że to prawdziwe, działające miejsce, nie szablon z internetu,
- dać namiary, czyli adres, godziny, telefon, bez klikania w podstrony,
- pokazać zdjęcia, bo w tej branży zdjęcie sprzedaje bardziej niż opis.
Co zrobiłem
Jedna strona, bez rozbudowanego menu. Sekcja z galerią jest zaraz pod nagłówkiem, to pierwsza rzecz, jaką widać po wejściu, zanim pojawi się jakikolwiek tekst.
Pod galerią jest krótki opis oferty i mapa z godzinami otwarcia, bez wtyczki, sam link do Google Maps, żeby nie ciążyć strony niepotrzebnym skryptem.
Zdjęcia miały jeden wymóg: robione telefonem, ale w naturalnym świetle i bez bałaganu w tle. Profesjonalna sesja nie była tu potrzebna, liczyła się autentyczność, nie perfekcja studyjna.
Czego świadomie nie zrobiłem
Bez formularza kontaktowego, bo telefon i link do Messengera załatwiają sprawę szybciej niż wypełnianie pól i czekanie na odpowiedź mailem. Bez sklepu internetowego, bo zamówienia idą telefonicznie, a przy kwiatach klientka i tak woli dopytać o dostępność danego dnia.
Bez animacji przy przewijaniu. W tej branży strona ma działać jak dobra witryna sklepowa: pokazać towar i się nie narzucać.
Efekt
Strona waży mniej niż jedno zdjęcie w wysokiej rozdzielczości, ładuje się natychmiast na telefonie i nie wymaga niczego poza hostingiem statycznym. Dokładnie tyle, ile potrzebował ten konkretny biznes, nie więcej.